|
piątek, 10 lipca 2009
Jak dotąd tegoroczny Tour uważam za najlepszy od roku 2004. Na pewno w jakimś sensie spowodował to powrót Lance’a Armstronga, który nie tylko miesza w peletonie, ale również w swojej grupie. Co może się wydarzyć na dzisiejszym, pierwszym górskim etapie? Mam nadzieję, że wydarzy się wiele, a ilość możliwych scenariuszy jest bliska liczbie kilometrów do przejechania podczas TdF. I właściwie tylko jedno jest pewne na 99,9% - to że pod dzisiejszym etapie Fabian Cancellara będzie musiał pożegnać się z le maillot jaune. Profil dzisiejszego etapu:
Pierwsze góry, pierwsze wielkie emocje (choć i drużynowej czasówce nic nie można zarzucić), co zrobią faworyci, jak się zachowają, kto zaatakuje, kto „pęknie”, poniżej moje przypuszczenia. Contador, czy Księgowy zaatakuje Szefa
Być może ten Tour uratowała właśnie ta jedna sekunda z drużynowej jazdy na czas, której zabrakło Armstrongowi żeby odebrać żółtą koszulkę Fabianowi Cancellarzre. Contador sam powiedział, że nigdy nie odważyłby się zaatakować lidera wyścigu z własnej drużyny. A czy zaatakuje dzisiaj? Myślę, że zaatakuje i moim zdaniem jest największym faworytem do zwycięstwa etapowego. Powstaje pytanie, czy będzie miał na taki atak zgodę Johana Bruyneela, dyrektora Astany? Moim zdaniem takiej zgody mieć nie będzie. Czy zaatakuje mimo to? Na to pytanie odpowiedź zna na razie tylko Alberto. Armstrong, czyli Wielki Znak Zapytania
Wyobraźmy sobie taką scenę: podjazd pod Arcalis, ok. siedmiu kilometrów do szczytu, na placu boju pozostała już tylko mała grupka najmocniejszych kolarzy i nagle z niej wyskakuje Contador, staje na pedałach, zyskuję przewagę kilku metrów i..... No właśnie, i co? Pierwszym podstawowym pytaniem, jest to czy Armstrong jest w stanie ścigać się w górach z najlepszymi? Wygląda na dobrze przygotowanego, poza tym ma coś, czego chyba brakuje Contadorowi (wystarczy przypomnieć sobie przedostatni etap tegorocznego wyścigu Paryż-Nicea, na którym w skutek braku doświadczenia przegrał wyścig i co skrzętnie wytknął mu Armstrong), czyli ogromne doświadczenie. A jak powiedział Edmund Burke, kolarski fizjolog: „Trening w 90% ma charakter fizyczny i w 10% psychiczny. Natomiast ściganie się jest w 90% psychiczne, a jedynie w 10% fizyczne”. Siłą psychiczną, determinacją i ambicją „Szeryf z Teksasu” bije na głowę wszystkich kolarzy z peletonu. Czy to wystarczy na będącego w doskonałej formie Contadora? Czy Armstrong nadal jest w stanie pokonywać podjazdy z tą nieprawdopodobną kadencją, która zapewniła mu siedem tryumfów w Wielkiej Pętli? Carlos „Musi Zaatakować” Sastre Stare kolarskie porzekadło mówi: „W pierwszym tygodniu nie można wygrać Tour de France, ale na pewno można go przegrać”. Jeżeli obrońca tytułu sprzed roku, Hiszpan Carlos Sastre, nie chce się znaleźć w grupie kolarzy którzy już przegrali wyścig, na podjeździe pod Arcalis musi zaatakować. Aktualnie traci 2 minuty i 44 sekundy do Armstronga, niewiele mniej do Contadora. Sastre to wspaniały góral, jeżeli marzy o kolejnym zwycięstwie w Wielkiej Pętli musi atakować na każdym górskim odcinku. Jego atak jest pewny, prawie tak jak Contadora. A może tajne porozumienie hiszpańskich kolarzy nie jest tylko dziennikarską plotką? Może na Arcalis będę chcieli przede wszystkim zgubić Armstronga, a kwestię zwycięstwa w klasyfikacji generalnej rozstrzygnąć na kolejnych górskich odcinkach? Czarne i Zielone Konie
Do tej grupy zaliczam przede wszystkim braci Schlecków z CSC oraz zieloną dwójkę z Liquigasu – Romana Kreuzigera i Franco Pelizzottiego. Wiadomo, że w przypadku braci Schlecków nie ma mowy o konflikcie interesów. Liderem drużyny zostanie ten, który lepiej spisze się na dzisiejszym etapie. Żaden z Zielonych nie liczy raczej na zwycięstwo w końcowej klasyfikacji, ale dla każdego z nich zwycięstwo na tak trudnym etapie byłoby wspaniałym sukcesem. Przegrani faworyci Mam tu na myśli przede wszystkim Denisa Mienszowa i Cadela Evansa. Ich straty do lidera wynoszą odpowiednio 4:54 i 2:59. Znając ich defensywny styl jazdy i kompletny brak przyspieszenia na podjazdach, ciężko będzie im te straty odrobić. Podsumowanie: Faworyt Etapu – Alberto Contador (Astana) Przegrany Etapu – Cadel Evans (Silence Lotto) Czarny Koń – Roman Kreuziger (Liquigas) Niewiadoma – ARMSTRONG! Odpowiedzi na wszystkie postawione wyżej pytania poznamy już za kilka godzin. Transmisja w Eurosporcie od 13:50, na którą serdecznie zapraszam, bo jak zwykle redaktorzy Jaroński & Wyrzykowski idealnie trafili z formą na Tour de France :-)
niedziela, 14 września 2008
Nagle, okazało się, że kolarscy kibice niezwykle dużo zawdzięczają Christianowi Prudhomme’owi i jego kolegom z ASO. Gdyby nie ich konsekwentna postawa w utrzymaniu swojej decyzji w sprawie nie zapraszania Astany na tegoroczny Tour, to prawdopodobnie nie doczekalibyśmy się pierwszego od ćwierćwiecza zwycięzcy trzech Wielkich Tourów. Gdyby Alberto Contador i jego drużyna zostali zaproszeni na Tour de France, to właśnie ta impreza stałaby się dla niego głównym celem sezonu. W ramach przygotowań nie wystartowałby przecież w Giro, a po zakończeniu najważniejszego wyścigu sezonu, nie ścigałby się w Hiszpanii. A tak cierpiąc nie za swoje winy, Contador prawdopodobnie wejdzie do panteonu kolarskich sław, którzy wygrali wszystkie Wielkie Toury. Znajdzie się tam w doborowym towarzystwie wraz z Eddy’m Merckxem, Bernardem Hinault, Jacques Anquetilem i Felice Gimondim. ![]() Oczywiście do zakończenia Vuelty pozostał jeszcze tydzień. Contador prowadzi w klasyfikacji generalnej z przewagą 1:07 minuty nad kolegą klubowym, Levi Leipheimerem i trzech minut nad tegorocznym zwycięzcą TdF – Carlosem Sastre. Dzisiaj ostatni górski etap ze startu wspólnego, pozostanie jeszcze górska czasówka na przedostatnim etapie. Sądząc po formie jaką wczoraj na podjeździe pod Alto de L'Angliru zaprezentował Contador, trudno się spodziewać żeby nie dowiózł Złotej Koszulki do Madrytu. Właściwie tylko straszny pech (np. kraksa) lub wyjątkowy dzień słabości, może spowodować że hiszpański kolarz nie wejdzie do elitarnego grona.
piątek, 12 września 2008
„Chcę umrzeć w wieku stu lat z amerykańską flagą na plecach i gwiazdą Teksasu na kasku, z okrzykiem radości na ustach, sunąc na rowerze stromą alpejską drogą z szybkością 120 kilometrów na godzinę. Chcę jeszcze raz przejechać linię mety i zobaczyć moją pełną wigoru żonę i dziesięcioro moich dzieci, klaszczących na mój widok. Chcę położyć się na słynnym francuskim polu słoneczników i tam z poczuciem spełnienia oddać ducha.” „Mój powrót do życia” Lance Armstrong, Sally Jenkins Ciągnie wilka do lasu. Starego wilka. Który za wszelką cenę będzie chciał udowodnić, że czasy jego panowania w lesie jeszcze nie minęły. Pozwolił po prostu wyhasać się młodym wilczkom, a teraz wraca jeszcze raz zaprowadzić porządek. A teraz już mniej metaforycznie... Po pierwsze, nadal nie do końca wierzę w powrót Armstronga. Wiadomo - wywiady, oficjalne potwierdzenia i zapewnienia, ale gdzieś w głowie mam obraz Armstronga, który za dwa tygodnie wyskoczy w jakimś telewizyjnym talk-show, z bukietem kwiatów i krzyknie: „MAM WAS!”. A my zostaniemy z wyrazem twarzy przypominającym twarz Jana Ullricha na L’Alpe d’Heuz w 2001 roku... Po drugie, co się stanie jeśli Armstrong wygra Tour de France w przyszłym roku po raz ósmy? Nic szczególnego – będzie to po prostu największy sportowy powrót wszech czasów. Albo przynajmniej jeden z największych. Porównywalny jedynie z powrotem Michaela Jordana w 1995 roku. A może wygra po raz dziewiąty, dziesiąty... Po trzecie, a co się stanie jeśli Lance Touru nie wygra? Jeśli na jakimś alpejskim czy pirenejskim podjeździe nie będzie już w stanie kręcić z tą niesamowitą kadencją, do której przez lata przyzwyczaił kibiców? Powrót Króla zakończy się porażką, ale porażką która w żaden sposób nie przekreśli jego wcześniejszych sukcesów i nie odbierze mu sławy jednego z najlepszych kolarzy w historii. Po czwarte, CZEKAMY LANCE! :-)
środa, 13 sierpnia 2008
W ciągu pięciu dni olimpijskich zmagań nasi reprezentanci całkowicie już oswoili kibiców. Z porażkami, rzecz jasna. Czarę goryczy przelały siatkarki. Awans do ćwierćfinału jest jeszcze możliwy, ale nie zależy już od samych zawodniczek, potrzeba również „szczęśliwego zbiegu okoliczności”. Tylko, że poza wieloma czysto sportowymi atutami, brakuje nam w Pekinie również szczęścia. Ono podobno sprzyja lepszym. A gorszym najwyraźniej tylko wtedy kiedyś ktoś w górze obsługujący konsolę z napisem szczęściem, wciśnie zły przycisk.
Oswajamy się z kolejnymi porażkami. Zaczynają nas cieszyć awanse do ćwierćfinałów, liczymy na repasaże, a jak się nie uda to polscy sportowcy z pewnością jakoś ładnie nam to wytłumaczą. Awanse do ćwierćfinałów zaczynamy fetować prawie jak medale. Wiadomo na bezrybiu... Jeszcze kilka dni niepowodzeń i zaczniemy prowadzić tabelę pt. „awanse do 1/4 finału” zamiast medalowej. Bo w tej ostatniej za szybko chyba nie zaistniejemy... Nie liczyliśmy, wbrew dmuchanemu od miesięcy medialnemu przedstawieniu, na worek medali, ale chyba nawet najgorsi pesymiści nie przewidywali ZEROWEGO konta medalowego po pięciu dniach igrzysk. Oczywiście przed nami jeszcze wiele polskich startów, medale pewnie będą, ale raczej w śladowej ilości. Polskę będzie można znaleźć gdzieś pod koniec tabeli. Między państwami, których medaliści olimpijscy z miejsca zostają obwoływani bohaterami narodowymi. O optymizm trudno, bo gdzie niby mamy te medale zdobyć – raczej nie na lekkoatletycznej bieżni... I jakoś w ogóle nie interesuje mnie co będą miały do powiedzenia siatkarki, co powie Bonitta o swoim przebiegłym planie pt. „Liczy się trzeci mecz”. Uwierzę przecież w każde tłumaczenie, jestem kibicem oswojonym.
wtorek, 12 sierpnia 2008
![]() Właściwie tytuł tejże notki winien brzmieć: „Kto jutro wygra czasówkę i dlaczego właśnie Cancellara?”. Jego pokaz siły w sobotnim wyścigu ze startu wspólnego, kiedy to samotnie dogonił uciekającą dwójkę kolarzy, budzi respekt. Szwajcar wydaje się być doskonale przygotowany do olimpiady. Na pewno rozochocił go brązowy medal zdobyty w sobotę. Obecnie jest najwybitniejszym czasowcem w światowym peletonie, dwukrotnym mistrzem świata i jego pozycji zagrozić może chyba tylko... Niemiec Stefan Schumacher. Jego dwa zwycięstwa na etapach jazdy indywidualnej na czas podczas lipcowego Tour de France były niespodzianką, jeśli nie sensacją. Kolarz znany dotychczas głównie ze zwycięstw w wyścigach jednodniowych lub w krótkich etapówkach, nagle pobił i to dwukrotnie, wszystkich specjalistów od czasówek. I to na najtrudniejszym kolarskim wyścigu świata! Jeżeli założyć, że właśnie ta dwójka rozstrzygnie między sobą sprawę złotego medalu, to kandydatów do brązu jest bardzo wielu. Ja stawiam na brązowego medalistę ostatnich mistrzostw świata Holendra Stefa Clementa. Jak będzie, zobaczymy jutro od 7:30, oczywiście w towarzystwie „Jedynych Polaków Którzy Jak Na Razie Reprezentują Olimpijską Formę”. Mowa oczywiście o redaktorach Jarońskim i Wyrzykowskim z Eurosportu. I właściwie na koniec mogę napisać ch.. tam z Cancellarą, niech złoty medal zdobędzie choćby Hossein Askari z Iranu. Byłoby mi to obojętne, gdyby w finale 200 metrów stylem motylkowym medal zdobył Paweł Korzeniowski. Choćby brązowy. Ciężko o optymizm, bo Polak wszedł do finału z ósmym czasem, no ale przecież kiedyś LOS SIĘ MUSI ODMIENIĆ!
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Kibice kolarstwa mają za sobą już połowę olimpijskich emocji. Polscy kibice mogą być zadowoleni. Przy tej beznadziei jaką na razie karmią nas polscy sportowcy, przyzwoite miejsca Przemysława Niemca i Pauliny Brzeźnej to jedne z jaśniejszych punktów w naszej ekipie. Wiadomo, że 8. czy 16. miejsce to nie medal, ale wobec sytuacji polskiego kolarstwa to chyba wszystko na co stać naszych najlepszych. Możemy liczyć jeszcze na przyzwoity występ Mai Włoszczowskiej w MTB, ale medal jest mimo wszystko poza jej zasięgiem.
I trochę odstąpię od tematu tego bloga, bo nie ma sensu analizować zwycięstw Samuela Sancheza czy Nicole Cooke, jak również porażki mojego faworyta – Paolo Bettiniego, ale można wystąpić z wnioskiem o wycofanie polskich sportowców z olimpiady. Niech się już dłużej nie kompromitują! Kibice nie oczekiwali worka medali, ale jak na razie to żaden z naszych sportowców nie zbliżył się nawet do podium. Wbrew szumnym zapowiedziom o tym w jakiej to są formie, jak przygotowani i tak dalej i tak dalej. I jak czytam wypowiedź Gruchały po dzisiejszej kompromitacji, to mnie krew zalewa, cytuję: „Nigdy jeszcze nie przegrałam z tą Rosjanką. Jest ode mnie młodsza i bardziej chętna do zwycięstw. Ja już dużo osiągnęłam w sporcie. Jestem zadowolona ze swojej kariery, ale czuję już zmęczenie. Trzeba przyznać uczciwie, że ostatnie dwa lata miałam słabe, nie wiodło mi się w startach indywidualnych. W zeszłym roku towarzyszyły mi kontuzje ścięgna achillesa. Do końca jednak wierzyłam, że będę w stanie wrócić do formy sprzed lat. Nie chcę powiedzieć, że to ostatnie igrzyska, albo że kończę karierę, ale nie mam już w sobie tego "walczaka" co kiedyś. Trenuję już 16 lat, żyję cały czas pod presją. Jestem kobietą, mam 27 lat i chciałabym w życiu robić coś innego, mam plany, marzenia. Być może zrobię sobie rok przerwy, nie wiem jeszcze. Zdecyduję po igrzyskach. Teraz mam trzy miesiąca wolnego, zastanowię się nad wszystkim.” A że tak spytam – czy pani Gruchała nie mogła nam o tym powiedzieć przed Igrzyskami? Chyba mogła. Bo teraz to wygląda, że pojechała do Pekinu na wycieczkę za nasze pieniądze. Bo ani formy, ani chęci zwycięstwa, ani „walczaka”. Może się uda coś ugrać i jakiś kontrakt reklamowy jeszcze wpadnie, a potem już będzie można oddać się pieluchom i kuchni, jeżeli dobrze interpretuję słowa Gruchały. Napisałem o naszych pieniądzach, które poszły na przygotowanie tzw. olimpijczyków. Oczywiście stara zasada mówi, że jak coś jest nasze to tak naprawdę jest niczyje, więc nie będę apelował o to, żeby ci polscy sportowcy którzy wypadli na igrzyskach fatalnie zwrócili pieniądze, które poszły na przygotowania, a okazały się pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Swoją drogą prezes Nurowski będzie miał w tym roku w kasie sporą nadwyżkę, czego na pewno się nie spodziewał. Nadwyżka mogłaby być jeszcze okazalsza, gdyby na przykład polscy sportowcy wracali z Pekinu pieszo. I tak Klejnowska mogłaby sobie zarzucić na ramię dżudokę Wiłkomirskiego i ruszyć przez azjatyckie bezdroża do ojczyzny. A gdyby zechcieli udać się w przeciwnym kierunku, to jakiś polski pływak na pewno przerzuci ich przez Pacyfik i Atlantyk... PS Mam wielką nadzieję, że za kilka dni przyjdzie mi pokornie odszczekać powyższe słowa, że w końcu Polacy zdobędą kilka medali, czego i Wam życzę.
piątek, 08 sierpnia 2008
środa, 06 sierpnia 2008
Podsumowania tegorocznego Tour de France część druga i zarazem ostatnia. ![]() M - Mienszow
![]() Last but not least, czyli tegoroczny zwycięzca Hiszpan Carlos Sastre z drużyny CSC, o którym napisano już tak wiele, że trudno będzie mi wymyślić cokolwiek oryginalnego. W każdym razie ten skromny kolarz (zupełne przeciwieństwo np. Armstronga) z okolic Madrytu na swoje zwycięstwo całkowicie zasłużył. Przez wiele lat był pomocnikiem najlepszych, na zakończenie kariery zdobył kolarski szczyt. Szkoda, że ze względu na wiek, nie ma szans na zbliżenie się do osiągnięć Induraina, ale i tak w przyszłym roku będzie należał do głównych faworytów. A jego walka z Młodym Gniewnym – Alberto Contadorem zapowiada się fascynująco. Ale to dopiero za rok. Na szczęście są jeszcze igrzyska olimpijskiego, Vuelta, Tour de Pologne i mistrzostwa świata – tematów do pisania nie zabraknie, już teraz zapraszam.
poniedziałek, 28 lipca 2008
Całkowicie subiektywne podsumowanie tegorocznego Tour de France, część pierwsza. ![]()
A – Astana
poniedziałek, 21 lipca 2008
Pierwszy alpejski etap na tegorocznym Tourze nie zawiódł fanów kolarstwa. Było w nim wszystko za co kibice kochają tę dyscyplinę sportu: bohaterska ucieczka czwórki kolarzy, ataki na podjazdach, walka faworytów o każdą sekundę, nie obyło się również niestety bez kraks na niebezpiecznych zjazdach. Tym razem pecha miał zwycięzca TdF sprzed dwóch lat – Oscar Pereiro, który z podejrzeniem złamania obojczyka został odwieziony do szpitala.
Czekająca na mecie etapu żona Cadela Evansa – Chiara, musiała być, podobnie jak sam kolarz, zawiedziona utratą żółtej koszulki. Evans do nowego lidera – Franka Schlecka traci zaledwie osiem sekund, ale przed nim jeszcze dwa górskie etapy, na których będzie musiał odpierać wściekłe ataki całej grupy rywali. Różnica między pierwszym a szóstym zawodnikiem w klasyfikacji generalnej wynosi zaledwie 49 sekund, co zwiastuje wielkie emocje. Z tej szóstki zawodników połowa jeździ dobrze na czas (Evans, Mienszow, Vande Velde), natomiast pozostali (F.Schleck, Kohl, Sastre) muszą upatrywać swojej szansy właśnie na górskich podjazdach. Nawet dla znawców kolarstwa niespodzianką jest obecność w tej szóstce Austriaka Bernharda Kohla (Gerolsteiner) oraz Amerykanina Christiana Vande Velde (Team Garmin). Atak Kohla na podjeździe pod Prato Nevoso miał decydujące znaczenie dla całego etapu. Austriackiemu kolarzowi chodziło głównie o punkty na premii górskiej, a tymczasem został wiceliderem wyścigu ze stratą zaledwie siedmiu sekund do Schlecka. Kohl nie ma nic do stracenia, w swoim kraju jest już pewnie bohaterem narodowym, i na pozostałych górskich etapach powinien zaatakować pozycję lidera. Christian Vande Velde był dotychczas znany jako dobry czasowiec i pomocnik najlepszych w ekipach U.S. Postal oraz CSC. Amerykanin, który co prawda próbował atakować na 15. etapie, ale jego atak został szybko skasowany przez rewelacyjnego tego dnia – Andy Schlecka. To właśnie swemu bratu Frank Schleck w dużej mierze zawdzięcza żółtą koszulkę lidera, który najpierw z pomocą kolegów z ekipy – Voigta i Cancellary, a potem samotnie, rozerwał na ostatnim podjeździe peleton, i zgubił dotychczasowego lidera Evansa. W ekipie CSC na kolejnych etapach może pojawić się problem przywództwa. Czy cała drużyna solidarnie, razem z 6. w klasyfikacji generalnej Carlosem Sastre, będzie pomagać Frankowi Schleckowi, czy też Sastre dostanie wolną rękę i zawodnicy CSC stoczą bratobójczy pojedynek, na którym skorzysta ktoś inny? Tę wątpliwość powinien rozstrzygnąć już jutrzejszy etap z dwoma potężnymi podjazdami pod Col de la Lombarde i Cime de la Bonette-Restefond.Na zakończenie warto podkreślić bardzo dobrą jazdę na 15. etapie Sylwestra Szmyda. Polak zajął na nim 16. pozycję i w klasyfikacji generalnej awansował na 33. pozycję. O awans np. do pierwszej dwudziestki będzie bardzo ciężko, ale może Szmydowi uda się zabrać w jakiejś ucieczce, i na którymś z pozostałych górskich etapów powalczy o życiowy sukces jakim byłoby zwycięstwo etapowe na największej kolarskiej imprezie. Nie muszę dodawać jak polskiemu kolarstwu choćby taki sukces jest potrzebny. |
Ostatnie notki
Zakładki:
1. Inny ja
2. Peleton
3. Audiobooki
|